2010/05/20

Złodzieje asfaltowych rozkoszy

To jest opowiadanie sprzed paru lat, właśnie wpadło mi w ręce, więc postanowiłam je zamieścić

Noe: Zabili mnie przed południem. Pojawiam się więc dopiero popołudniami, kiedy słońce błogo nie razi w oczy i nie mam szans odcisnąć stopy w roztopionym asfalcie.
Kiedy teraz chodzę ulicą, jedną z tych maleńkich uliczek, zwykle pustych, nie licząc gromadek dzieci, co jakiś czas biegnących tu za piłką, przyglądam się śladom, które zostawiałem, gdy jeszcze mogłem pozwolić sobie na tę przyjemność.


Trzeba otwarcie przyznać, że gospodarka żadnego kraju świata nie była przygotowana na najnowszy produkt Noego. Początkowo sprzedawano go w niewielkich ilościach, w sklepach niedorównujących rangą przepięknym butikom z markowymi ubraniami, otwieranym niedawno w dużych ilościach po obu stronach największej ulicy w mieście. Właściciele butików ze zdziwieniem patrzyli, jak kolejki, stojące zwykle przy kasach ich sklepów, przemieszczają się teraz ku małym, niszowym stoiskom pozbawionym gustu, a nawet przekraczającym wyraźnie granice dobrego smaku.
- Nie uważasz, że należy coś z tym zrobić? – spytała Aldona, zaciągając się waniliową cygaretką i jednocześnie strzepując dłonią o długich palcach piórko osadzone na czubku zamszowej szpilki, zdobiącej jej nogę i uwydatniającej idealny kształt łydki.
- Oczywiście, oczywiście – odpowiedział Vincent w zamyśleniu i, jak to miał w zwyczaju, przejechał dłonią po lśniącym blacie swojego biurka – Należy coś zrobić, tylko nikt z nas nie wie, co.
Tak właśnie rozmawiała pewnego pochmurnego ranka najbogatsza para w mieście, czekając na dietetyczną kawę, podawaną zwykle w zastawie ze szczerego złota. Aldona i Vincent byli właścicielami najpiękniejszego, najdroższego i najbardziej obleganego przez sławy butiku z torebkami i innymi gadżetami, dzięki którym można w dzisiejszych czasach zyskać nieśmiertelną sławę najlepiej ubranej gwiazdy. Butik ten znajdował się w samym centrum miasta – w najlepszym z możliwych do wynalezienia miejsc. Za szybami, w których lubiły odbijać swe promienie zarówno słońce, jak i księżyc można było oglądać stojące na marmurowych podestach, najdroższe gadżety świata, przez lata misternie projektowane w taki sposób, by zaspokoić najbardziej wyrafinowane potrzeby kupujących. Na brylantowej ladzie stała brylantowa kasa, a kasjerka paznokciami mieniącymi się jak brylanty wybijała wielocyfrowe liczby, jednocześnie obdarzając klientów subtelnymi uśmiechami. A klientem nie mógł być każdy. Jedynie nieliczni spośród oglądających arcydzieła stojące w witrynie sklepu, mieli odwagę przekroczyć próg tej świątyni ekstrawagancji, aby z bliska zachwycać się, a nawet dotknąć przedmiotów, które kosztowały więcej, niż wyżywienie wszystkich afrykańskich dzieci.
Aldona założyła nogę na nogę, popijając małymi łykami kawę tak, by przypadkiem nie zmyć z ust szminki w kolorze dojrzałych czereśni. Decyzja została podjęta przed chwilą. Vincent odłożył słuchawkę telefonu i uśmiechnął się, ukazując cztery srebrne i dwa złote zęby. Potem jeszcze raz pieszczotliwie przejechał dłonią po atłasowym morzu biurka.


Noe od dziecka lubił wymyślanie. Jego pasja twórcza przechodziła różne etapy, począwszy od wymyślania bajek na dobranoc dla swojego ulubionego misia bez oka, którego pieszczotliwie nazywał ‘Oczko’, poprzez tworzenie kapsuł czasowych, nowych instrumentów i sposobu na życie wieczne, a skończywszy wreszcie na maszynie do robienia szczęścia. Co dziwne, właśnie ten ostatni wynalazek sprawił, że młody jeszcze naukowiec zyskał ogromny poklask całej ludzkości świata, odebrał tysiące nagród i został znienawidzony przez właścicieli butików z markowymi ubraniami.
Powiem wam w tajemnicy, że maszyna do robienia szczęścia była tak naprawdę najzwyklejszym automatem. Jednym z tych, do których wrzuca się pieniądze, by po chwili dostać kauczukową kulkę, puszkę z zimnym napojem, czy maskotkę uszytą przez biedne chińskie dzieci w ogromnej fabryce. Z maszyny do robienia szczęścia zaprojektowanej przez Noego wylatywały Szczęśliwe Guziki. Na instrukcji obsługi pisało po prostu: Póki trzymasz w ręku guzik, uśmiech ci nie zajdzie z buzi. Noe jako pilny student psychologii wiedział, że jeśli człowiek wierzy w magiczną moc Szczęśliwego Guzika, to chociażby ten guzik nieświadomie zgubił, nie może być nieszczęśliwy. Wykorzystując tę wiedzę przyczynił się do spadku obrotów zarówno firm zajmujących się produkcją drogich gadżetów, jak i butików, w których te gadżety sprzedawano. Nienawiść Noego do wpływowych kobiet i mężczyzn, gustujących w futrach z norek, osiągnęła apogeum w dniu, w którym naukowiec oznajmił publicznie, iż zakazuje sprzedaży Szczęśliwych Guzików w drogich butikach, i zezwala na wystawianie maszyn do robienia szczęścia jedynie w najmniejszych i najbiedniejszych sklepach. Od tego dnia ilość ludzi odwiedzających butik Aldony i Vincenta zmniejszyła się niemal dwukrotnie.

W samochodzie śmierdziało potem i tanim tytoniem, który sprzedawczynie, w pofarbowanych na fioletowo włosach, sprzedają dzieciom do piętnastego roku życia w każdym kiosku na skrzyżowaniu. Podbite oko łypiące w sposób nieprzyjemny odbijało się w niewielkiej przestrzeni przekrzywionego w lewą stronę i brudnego lusterka we wnętrzu starego poloneza.
- Idzie – powiedział, głosem zachrypniętym w sposób charakterystyczny dla osób mających zbyt duży kontakt z alkoholem, jeden z mężczyzn siedzących z przodu. Nazywał się Gregory i zawód płatnego zabójcy wykonywał z upodobaniem od lat dwunastu.
- Noe, Noe, Noe. Jakież to smutne żegnać się ze światem... Już nigdy nie przeszkodzisz nikomu w interesach... – zamruczał pod nosem drugi mężczyzna, który imię Teofil odziedziczył po dziadku, i wyjmując z kieszeni najtańszy z dostępnym na czarnym rynku pistoletów oddał przez otworzone okno dwa strzały prosto w serce młodego naukowca.



Ani Aldona, posiadająca nieprzeciętną inteligencję, wprost proporcjonalną do ilości zarabianych dziennie pieniędzy, ani nawet sam Vincent, który był tak zdolny, iż sztukę lewitacji opanował, nim potrafił wymówić to słowo, nie mogli podejrzewać, że wśród tysięcy wynalazków Noego znajdowała się kryształowa kula, w której młodzieniec odczytywał przyszłość, by ze spokojem przeżywać każdy kolejny dzień, dokładnie wiedząc, jakie radości i jakie smutki on przyniesie. Dlatego też nie mogli wiedzieć, że wynalazca przygotował się na ewentualność przedwczesnej śmierci już wieki temu, wymyślając cudowną miksturę dającą nieśmiertelność każdemu, kto ją wypije. Nie mogli także wiedzieć, iż chłopak swoją śmierć wykorzysta w celach marketingowych, co ostatecznie popsuje im szyki.

Noe zbyt małą dawkę mikstury zażył przez przypadek. Później przez wiele kolejnych lat nie mógł sobie wybaczyć tego błędu, gdy z zazdrością obserwował z zaświatów, jak ludzie się budzą, wstają z łóżek, piją poranną kawę, jedzą śniadanie, by wyruszyć do pracy i w pośpiechu spóźniać się na autobusy z włosami umazanymi pastą do zębów. On żył jedyne po godzinie piętnastej. Wcześniej siedział w zaświatach i raczej nic nie robiąc czekał, kiedy znów będzie mógł wrócić na ziemię.

Gdy samochód odjechał z piskiem opon, pozostawiając siedzącego na chodniku Noego, ten wstał i niespiesznie poszedł do najbliższego fotografa, aby udokumentować swoje obrażenia. Następnie udał się tramwajem do szpitala, po drodze wzbudzając sensację wśród wymachujących siatkami z zakupami staruszek, gdzie lekarz oznajmił wszem i wobec, że ma do czynienia z cudem. Dzięki temu już tydzień później posiadacz kryształowej kuli został okrzyknięty nowym zbawicielem, który zmartwychwstał, by zesłać na świat pokój i szczęście w postaci Szczęśliwych Guzików.


Noe: Dziękuję wszystkim zebranym tutaj i widzom przed telewizorami za to, że zechcieliście wysłuchać tego, co mam dziś do powiedzenia. Otóż chciałbym was wszystkich zapewnić, iż życie wieczne otrzymacie jedynie wówczas, jeśli nie będziecie kupować żadnych produktów w najdroższych butikach. Chciałem także pozdrowić Aldonę i Vincenta, którzy zabrali mi możliwość zatapiania nóg w rozgrzanym o godzinie dwunastej asfalcie.


Aldona(machając nogami o cudownych łydkach na więziennej pryczy): Można było zabić go lepiej. Trochę bardziej po cichu. Trochę bardziej bez sensu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz