2010/12/05
2010/11/16
Che Dio. Alan
Miał przykuwające uwagę rude włosy w tak ognistym odcieniu, że Loli przeszła przez głowę myśl, że dla żartu ufarbował je w ten sposób. Gęsta broda była w takim samym, miedzianym kolorze. Czarna koszula doskonale kontrastowała z włosami, a zielone sztruksowe spodnie i białe okulary w rogowych oprawkach uzupełniały dość oryginalną całość. Mimo, że aparycja mężczyzny bynajmniej odrzucać nie mogła – nosił ubranie dość nietypowe, ale schludne - czarne, lakierowane buty połyskiwały nawet w świetle gwiazd - Lola była przerażona tym niespodziewanym spotkaniem. Najbardziej jednak przejmujący był nie wygląd tego człowieka, ale dziwna aura, którą dało się wokół niego wyczuć. Był to jeden z tych ludzi, których mocne spojrzenie ciężko jest wytrzymać, którzy wzbudzają bliżej nieuzasadniony respekt i zanim otworzą usta wiesz już, że powiedzą coś niezwykle istotnego. Otoczony kotami, które krążyły wokół niego łasząc się i ocierając o jego nogi, zdawał się być jakimś dziwnym medium łączącym ich koci świat pełen tajemnic i zagadek ze światem zwykłych ludzi.
2010/11/01
2010/08/31

"Grown-ups love figures. When you tell them that you have made a new friend, they never ask you any questions about essentail matters. They never say to you, “What does his voice sound like? What games does he love best? Does he collect butterflies?” Instead, they demand: “How old is he? How many brothers has he? How much does he weigh? How much money does his father make?” Only from these figures do they think they have learned anything about him"
Poza statkiem Aradiego (opowiadanie)
- Od jak dawna jest pan handlarzem opowieści?
Nadworny obraca się w fotelu, patrzy gdzieś w dal.
- Od kiedy straciłem moje pierwsze marzenie. Mogę opowiedzieć ci za darmo historię. Jest to za razem pierwsza historia, którą sprzedałem.
- O czym opowiada?
- Jak każda inna, o miłości.
Niejedna kobieta obejmowała dłońmi głowę swojego dziecka, tuliła je do piersi, po czym ukrywała w najciemniejszym zakątku domu, gdy w mieście pojawiały się plotki o rychłym przyjeździe Gramp Aradiego i jego dziecięcej załogi. Samo wspomnienie o piracie siało postrach w najmężniejszych nawet sercach. Mówiło się, że przeklęty władca mórz ma trzysta lat, że posiada niezwykłe zdolności magiczne i zaczarował swój statek w taki ponoć sposób, że dla człowieka, który wejdzie na jego pokład nie istnieje pojęcie czasu. Nieśmiertelna załoga okrętu składała się z dwudziestu silnych i rosłych marynarzy, a także z dzieci, których liczby nigdy nikomu nie udało się określić. Statek nazywany Placem Zabaw błąkał się od portu do portu w poszukiwaniu nowych członków załogi, złota i przeznaczenia. Jego rozmiary pięciokrotnie przewyższały rozmiarami normalne okręty, a lśniące armaty potrafiły zamieniać największe nawet miasta w stertę gruzu, skazując jednocześnie mieszkańców owych przeklętych miast na wieczną tułaczkę w poszukiwaniu dusz tych, którzy zginęli.
Jestem jednym z dziesięciu synów Gramp Aradiego i jestem z tego dumny. Nie mam pojęcia, ile rzeczywiście lat ma mój ojciec, nie wiem także, jak liczna jest załoga okrętu, na którym pływałem. Wiem jednak, że najstraszniejszy pirat ma największe serce świata i wierzy, podobnie jak ja w szczęście, prawdę i miłość.
Gramp Aradi każdego niemal wieczora zwoływał wszystkie dzieci, które bawiły na jego okręcie, siadał w świetle księżyca, na wielkiej skrzyni wypełnionej złotem, by godzinami snuć opowieści o niebywałych przygodach, które go spotkały, o potworach, które pokonał, o syrenach, które rozkochał w sobie i o życiu, którego nikt nigdy tak naprawdę nie rozumiał. Mówił nam o tym, jak należy szukać szczęścia, gdzie spełniać marzenia. Powiedział, że każde dziecko może opuścić pokład, gdy po latach naiwnej i błogiej zabawy, którą dostało w prezencie, odczuje potrzebę doświadczenia dorosłego życia, jednak nie spieszyło się nam do odpowiedzialności i trosk.
Uwielbiałem te wieczory, czas spędzany z dziećmi, morze i mojego ojca. Przede wszystkim jednak kochałem jego opowieści. Pewnego dnia postanowiłem, że jeśli nie zostanę rysownikiem, że będę opowiadał, podobnie jak Gramp Aradi. Jak najwięcej, jak najpiękniej i jak najbardziej z serca. Marzyłem, by ludzie słuchali mnie tak, jak ja niegdyś słuchałem tysiąca opowieści pirata wszechczasów i by żyli moimi opowieściami. Jednak najważniejszym moim marzeniem było wyśmienicie rysować.
Od zawsze kochałem ołówek i kartki. Czwórka moich braci ochrzciła mnie pewnego dnia mianem Nadwornego Rysownika, co bardzo spodobało się reszcie załogi. Od tamtej chwili straciłem swoje prawdziwe imię na rzecz tego pseudonimu, który teraz, skrócony już, króluje w dokumentach jako moje nazwisko. Ale wracając do opowieści…
Jako Nadworny rysownik spędzałem całe dnie szkicując fale, towarzyszy podróży, nawet samego Gramp Aradiego. Narysowałem każdy wschód słońca, który pamiętam. Cała moja kajuta obklejona była pracami, które, naklejane jedne na drugie tworzyły warstwę grubości porządnej powieści. Gdy Plac Zabaw przybijał do jakiegoś portu, część załogi ruszała na miasto, by grabić, co się dało i porywać dzieci, ja natomiast krążyłem między uliczkami i rysowałem jak najwięcej, by na pliku kartek jak najlepiej oddać klimat danego miejsca, tchnąć życie w papier przy pomocy ołówka i lewej ręki.
Właśnie w czasie jednej z takich wędrówek, gdy tuż po przybiciu do brzegu szukałem obiekt do narysowania w mieście, którego nazwy teraz nie mogę sobie przypomnieć, zobaczyłem siedzącą w oknie dziewczynę. Miała czerwone włosy migające jak ogień w promieniach południowego słońca, dłońmi podpierała policzki obsypane milionem piegów (wtedy skojarzyły mi się z milionem gwiazd, które wielokrotnie podziwiałem w czasie opowieści ojca i parę razy nieudolnie próbowałem uchwycić na papierze). Nad zamkniętymi oczami górowało delikatne czoło. Zachciałem dotknąć go palcem odgarnąć z niego czerwonego loka.
Bez chwili namysłu pobiegłem odnaleźć Gram Aradiego. Spytałem go, jak długo zostaniemy w mieście, dodałem, że mam bardzo ważną sprawę do załatwienia, że jest to sprawa życia i śmierci. Stary pirat pogładził się po brodzie i uśmiechnął, ukazując szereg złotych zębów. Potem powiedział, że mieliśmy już wyruszać, ale ze względu na moją prośbę Plac Zabaw poczeka w porcie do wieczora. Skinąłem głową i w chwilę później biegłem już uliczkami miasta, by odnaleźć dom mojej dziewczyny i nie tracić ani chwili. Gdy wróciłem, ku mojej radości, nadal siedziała w oknie. Przykucnąłem za drzewem po przeciwległej stronie ulicy tak, by ona nie mogła mnie zobaczyć i wyjąłem zeszyt. Odnalazłem w nim pustą kartkę i wytknąwszy język począłem tworzyć najpiękniejszy rysunek świata – tak właśnie nazywałem go po cichu. Wytężałem wszystkie swoje dziecięce siły, wpatrywałem się w modelkę i modliłem, by siedziała tak jeszcze dłużej i dłużej. Bóg wysłuchiwał moich próśb.
Ludzie mają różne zdolności i różnych zdolności im brakuje. Ja nie posiadałem ani daru owijania sobie kobiet wokół palca za pomocą słowa, ani wyglądu, który rekompensowałby brak talentu mówcy. Potrafiłem jednak rysować i tę właśnie zdolność zamierzałem wykorzystać, zdobywając sobie serce dziewczyny o czerwonych włosach. Szkicując układałem w głowie plan – zamierzałem ukończyć pracę tak, by tego nie zauważyła i kiedy już będę zadowolony, pójść do jej domu i zastukać do drzwi. Wyobrażałem sobie, jak ucieszy się zobaczywszy moje dzieło, być może nawet przytuli mnie w podzięce za godziny trudu. Byłem pewien, że gdy zaproponuję jej, by poszła za mną, zgodzi się – miałem zamiar zabrać ją na pokład Placu Zabaw i przekonać, by została na nim u mojego boku. Żylibyśmy tam w wiecznej młodości, bawiąc się wśród uśmiechów, gwiazd, fal i opowieści.
W każdą z pozostawianych na papierze kresek wkładałem cały swój talent, cały umysł i wszystkie dobre chęci. Ręka bolała mnie, ołówek wyślizgiwał się z palców a moja kartka odbijała kolejne fragmenty twarzy dziewczyny z okna. Moja praca z minuty na minutę zbliżała się ku końcowi. Wreszcie, wyczerpany i pełen nadziei schowałem ołówek do kieszeni. Ostatni raz spojrzałem na swoje dzieło i w duchu powtórzyłem przynajmniej ze sto razy, że jest to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką stworzyłem w życiu. Potem wziąłem tak głęboki oddech, że aż zachłysnąłem się powietrzem i zacząłem kaszleć. Gdy już się uspokoiłem, poprawiłem włosy, patrząc na swoje oblicze w szybie sklepu z zabawkami. Zdjąłem z oka przepaskę, którą nosiłem, by wyglądać groźniej – przepaskę tę podarował mi tata w dniu, kiedy odnalazł mnie w jednym z miast i zabrał mamie (było to bardzo dawno temu, w czasach, gdy pływał od portu do portu w poszukiwaniu swoich dzieci, którym chciał opowiadać historie). Napiąłem mięśnie i wspiąłem się na palce, by wyglądać jak prawdziwy mężczyzna. Ściskając w ręku rysunek i trzęsąc się jak zmokły pies ruszyłem naprzeciw swojej pierwszej miłości.
Gdy zadzwoniłem do drzwi, otworzyła mi starsza kobieta z bardzo surowym wyrazem twarzy i spojrzeniem przypominającym spojrzenie manekina stojącego na wystawie jednego ze sklepów, które mijałem po drodze.
- Dobry wieczór, chciałbym rozmawiać z… pani córką – szepnąłem przestraszony i zorientowałem się, że już nie stoję na palcach.
Kobieta nie odezwała się słowem, uniosła tylko brwi w górę, po czym obróciła się i znikła w głębi mieszkania. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie uciec, nie stchórzyć tak, jak to czynili zwykle kapitanowie okrętów, które napotykały statek Gramp Aradiego. Miałem ochotę wytrzeć o bluzkę spocone dłonie, założyć na oko przepaskę i wrócić na pokład, jednak coś sprawiło, że nie mogłem się ruszyć. Przestałem nawet oddychać na moment z wrażenia, gdy na końcu korytarza pojawiła się sylwetka mojej dziewczyny. Kiedy w końcu podeszła do mnie, oparła się o futrynę drzwi. Wtedy zza jej ramienia wyłoniła się kobieta ze spojrzeniem manekina.
- Ten chłopiec chce z tobą rozmawiać, Marcelino. Zaraz po ciebie wrócę – powiedziała, po czym zostawiła nas samych.
Z bliska dziewczyna wydawała się jeszcze piękniejsza, niż gdy obserwowałem ją siedząc za drzewem. Jej włosy były jeszcze bardziej ogniste. Milczałem oczarowany i zawstydzony. Marcelina patrzyła na swoje stopy i miała zarumienione policzki, pomyślałem, że też się wstydzi i to dodało mi odwagi.
- Mam dla ciebie rysunek, zobacz – wyciągnąłem ku niej rękę z kartką papieru.
Nawet nie spojrzała na rysunek, milczała, wydawało mi się, że drga jej podbródek, jakby miała się rozpłakać.
- Żartujesz? – wykrztusiła wysokim głosikiem.
- Skąd – uśmiechnąłem się przyjaźnie i zamachałem pracą – jest dla ciebie. Cały dzień pracowałem, żebyś mogła to zobaczyć, pomyślałem, że ci to dam i będziesz chciała pójść ze mną.
- Zobaczyć? – pisnęła moja dziewczyna i po jej policzkach spłynęły łzy – ja nie mogę nic zobaczyć – uniosła w górę swoje szkliste oczy, po czym schowała się w cieniu mieszkania i trzasnęła drzwiami.
Kiedy wróciłem na statek napotkałem na swojej drodze zdziwione spojrzenie Gramp Aradiego.
- Gdzie twoja miłość? – spytał mnie, przesypując zgrabione złoto z kieszeni starego płaszcza do skrzyni.
- Została na lądzie, podobnie jak moje prace. Już nigdy nie będę rysował.
- Nie będziesz rysował? – zdziwił się stary pirat - Co będziesz teraz robił?
- Pewnie opowiadał historie.
Parę dni później pożegnałem się z Gramp Aradim, z przyjaciółmi i historiami ojca, opuściłem pokład Placu Zabaw, by przeżyć własne opowieści. Z czasem wydoroślałem i zmieniłem się najpierw w młodzieńca, potem w mężczyznę. Marceliny nigdy więcej nie zobaczyłem, opowiadam jednak historię mojej pierwszej miłości. Być może dotrze ona kiedyś do małego, portowego miasteczka, zapuka do drzwi tak, jak kiedyś ja to uczyniłem i narysuje w głowie dziewczyny z tysiącem piegów obraz chłopca, który zostawił pod jej oknem swoje serce i marzenia.
byS
2010/07/12
2010/06/03
2010/05/31
z filmu
2010/05/28
this is it
2010/05/27
2010/05/26
opowiadanie które nie wiem jakim cudem wygrało konkurs na historię o ukrywającym się Żydzie
Firanki w mieszkaniu były nieco pożółkłe, a podłoga w kuchni niemyta od dobrych paru miesięcy. Honorata usiadła na łóżku i ziewnęła, wyciągając w górę swoje długie i chude ręce, które z każdym rokiem wyglądały coraz mizerniej. Stojąc przed lustrem pomalowała usta na czerwono i upięła siwe włosy w kok na czubku głowy. Kiedy wybiła ósma, starsza pani chwyciła stojący na werandzie kosz i wyszła z domu, kierując się w stronę targu.
Na targowisku było dość pusto, pewnie z powodu siąpiącego deszczu. Honorata kupiła warzywa na zupę i chwilę rozmawiała z kobietą handlującą ziemniakami. Gdy deszcz stał się uciążliwy ruszyła w drogę do domu. Ulice Krakowa były niemal puste, tylko gdzieniegdzie pojedynczy przechodnie przemykali bokami ulic w poszukiwaniu odpowiedniej kryjówki przed nadchodzącą burzą.
Honorata szła tak szybko, jak tylko była w stanie, jednak od domu dzielił ją jeszcze długi kawał drogi. Gdy już zaczęła tracić nadzieję, że znajdzie sobie schronienie, rzucił się jej w oczy niewielki, czarny napis „Zegarmistrz.
W środku panował półmrok, było dość duszno i pachniało kurzem.
- Dzień dobry – szepnęła starsza pani i poczęła rozglądać się po zakładzie, przemierzając wzrokiem dziesiątki zegarów zdobiących ściany, i poukładanych za szybą lady.
- Witam panią – usłyszała męski głos. Z zaplecza wyszedł staruszek w okularach, które przysłaniały mu niemal całą twarz. Był zupełnie łysy i miał porażająco dobrotliwy wyraz twarzy. Honorata na jego widok spłonęła rumieńcem i uśmiechnęła się uroczo.
- Jaki piękny zegarek – powiedziała, by przerwać ciszę, pochylając się nad ladą.
- Rzeczywiście, ten zegarek jest wyjątkowy – rzekł staruszek, wyjmując zza szybki mały, złoty zegarek – ma także wyjątkową historię. Otóż tydzień temu odzyskałem go po trzydziestu paru latach.
- Doprawdy?
- Jeśli ma pani ochotę, pokażę pani coś wyjątkowego, niech pani usiądzie.
Honorata, nie posiadając się ze szczęścia zajęła miejsce obok zegarmistrza, nie spuszczając wzroku z jego uśmiechu, z jego krzaczastych brwi i czarujących, siwych wąsików.
- Jak już mówiłem, jakiś tydzień temu odzyskałem ten zegarek. Przyniosła mi go wraz z zeszytem wdowa po pewnym Żydzie, który zmarł w zeszłym miesiącu. Kobieta ta powiedziała, że ten właśnie zegarek i zeszyt jej mąż zapisał mi w testamencie.
- Ale dlaczego? Znał pan tę kobietę i jej męża?
- Kobietę widziałem pierwszy raz w życiu, a jej męża… zresztą pokażę pani zeszyt, wtedy wszystko pani zrozumie – to mówiąc schylił się i wyciągnął z pod lady oprawiony w szary papier notatnik. Otworzył go na pierwszej stronie i podał Honoracie. W milczeniu zaczęła czytać:
Pamiętnik Natana
Dziś, po dziesięciu latach od zakończenia wojny sięgam do kufra, do którego wrzuciłem kiedyś pamiątki z dawnych lat. Wyjmuję z niego spodnie z dziurami na kolanach i co wypada z kieszeni? Damski, złoty zegarek. Trzymam go w rękach jakiś czas i wracają wspomnienia, całe masy wspomnień. Postanawiam spisać wszystko, na pamiątkę.
*
Dobrze pamiętam dzień trzydziestego marca 1941 roku, były to dziesiąte urodziny mojej siostry, Heny. Od rana bawiliśmy się w chowanego, naszą ulubioną grę. Icek i ja chowaliśmy się, a Hena szukała, wcześniej licząc do dwudziestu. Tamtego dnia postanowiłem ukryć się w nowym miejscu. Zakradłem się po schodach na strych, uważając, by drewniane deski przypadkiem nie skrzypiały. Na strychu było dość ciemno, jedyne światło wpadało przez rząd małych, zakurzonych okienek. Słyszałem, jak Hena kończy liczyć i zaczyna biegać po domu, sprawdzając po kolei wszystkie potencjalne skrytki. Wtedy nagle moje spojrzenie zatrzymało się na stojącej w kącie, za szafą, starej kanapie. Wydawała się być doskonałym miejscem na kryjówkę. Podszedłem do niej szybko i otworzyłem ją, by zajrzeć do schowka na pościel. Był pusty, więc czym prędzej wszedłem tam. Dość mały jak na jedenastolatka nie miałem większych problemów z zamknięciem się w kanapie. Nie pamiętam, ile czasu spędziłem leżąc bez ruchu i nasłuchując. Delektowałem się świadomością wygranej w grze – nikomu nawet nie przeszło przez myśl szukać mnie w takim miejscu. Wtedy nagle usłyszałem na dole dzwonienie do drzwi. Pomyślałem, że to pewnie domokrążca. Postanowiłem wyjść z kryjówki i zobaczyć, co ma do zaoferowania, jednak, gdy otworzyłem kanapę zaniepokoiło mnie zamieszanie, które usłyszałem na dole.
- Schneller, schneller! – krzyczano głośno. Tata rozmawiał z kimś uniesionym głosem, mama szlochała. Zastanawiałem się, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy to tylko zły sen. Rodzice już wcześniej mówili mi, że pewnego dnia Niemcy przyjdą także i po nas, że zabierają po kolei wszystkich Żydów i zamykają ich w getcie. Wiedziałem to, ale w głębi duszy nie wierzyłem, że i nas spotka kiedyś taki los. Byłem pewien, że ukrywamy się wystarczająco dobrze, w opuszczonym domu na obrzeżach miasta.
Pamiętam, że kiedy usłyszałem kroki na schodach prowadzących na strych, znów zamknąłem się w kanapie. Cały drżałem ze strachu, kiedy pchnięto drzwi i paru ludzi weszło do pomieszczenia. Rozmawiali po niemiecku, nie wiedziałem więc, o czym mówią. Serce łomotało mi głośno, miałem ochotę krzyczeć ze strachu. Aby się powstrzymać, wetknąłem sobie pięść do ust, zamarłem.
- Ile macie dzieci? – spytał jeden z Niemców.
- Dwoje – powiedziała przez łzy moja matka.
- Na zdjęciu jest trójka! – krzyknął Niemiec – Gdzie jest trzecie dziecko?!
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Ktoś otworzył szafę stojącą nieopodal łóżka, gdzieś skrzypnęło wieko skrzyni. Szukali mnie.
- Mam dwoje dzieci – powiedział tata – Natan zmarł na gruźlicę tydzień przed Tisza beaw.
- Schade – powiedział jeden z Niemców i roześmiał się. Ciarki przeszły mi po plecach.
Wtedy wyszli. Słyszałem, jak schodzą na dół, jak rozmawiają jeszcze o czymś. Łzy spływały mi po policzkach, serce nie mogło uspokoić się nawet jak na moment. Przerażony przyłożyłem czoło do zimnej deski, na której leżałem i zasnąłem.
Honorata uniosła głowę i spojrzała na zegarmistrza. Cały czas, gdy czytała, obracał w palcach zegarek, uśmiechając się przy tym do siebie.
- I co się stało dalej z tym chłopcem? – spytała.
- Niech pani czyta.
Przewróciła kilka kartek.
*
Biegłem ulicami tak szybko, jak tylko mogłem, byle tylko nie wpaść w ręce Niemców. Na moje nieszczęście właśnie wtedy natknąłem się na kilku żołnierzy, idących w moim kierunku z naprzeciwka. Przerażony przystanąłem i zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś wnęki, miejsca, w którym mógłbym się schować. Tuż obok zobaczyłem wtedy wejście do zegarmistrza. Niewiele myśląc wskoczyłem przez uchylone drzwi do środka, minąłem kilka półek i za ladą skręciłem na zaplecze. Tam właśnie zderzyłem się z właścicielem zakładu. Patrzyłem na niego z otwartymi ustami, dygocząc ze strachu i oddychając szybko po biegu.
- Przyszedłeś pooglądać zegarki? – spytał mężczyzna.
- Tak, proszę pana – skinąłem głową.
- Mów mi Gregory – powiedział i uśmiechnął się – Jak się nazywasz?
- Natan – odrzekłem i chwilę później tego pożałowałem. Mężczyzna uniósł w górę bardzo krzaczaste brwi, a ja przypomniałem sobie, że noszę żydowskie imię. „Wyda mnie tym Niemcom, to już koniec” – pomyślałem i zacisnąłem powieki.
- Możesz sobie tu posiedzieć i pooglądać zegarki, jeśli ci się nudzi – rzekł Gregory – ja muszę skoczyć do sklepu naprzeciwko. Popilnujesz zakładu, dobrze?
Zmieszany przytaknąłem i usiadłem na krześle przy ladzie. Gregory wyszedł.
Nie wiedziałem, czy mam siedzieć i czekać na niego, czy też uciekać. Ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem gorzko, myśląc o rodzicach, Henie i Icku.
Zegarmistrz mnie nie wydał. Wrócił ze sklepu z bochenkiem chleba w dłoni i usiadł na krześle, obok mnie. Poczęstował mnie ciepłym, pysznym pieczywem i pokazywał zegarki, które musi naprawiać. Szczególnie spodobał mi się taki mały, złoty.
*
Nie pamiętam, kiedy dokładnie przyszło mi to do głowy, że ukrywanie na zapleczu za zakładem zegarmistrza jest świetnym rozwiązaniem. Dokładnie obmyśliłem sobie plan, według którego będę postępował – miałem zamiar upatrzyć sobie idealną skrytkę i tam też zaszyć się potajemnie. Wiedziałem, że zakład ma tylne wyjście, które wychodzi na podwórko ze śmietnikami. Stał tam także kubełek na odpadki, do którego Gregory wyrzucał codziennie resztki chleba i ziemniaków z obiadu. Właśnie tym zamierzałem się żywić.
Nie minął nawet tydzień, od kiedy obmyśliłem mój plan, a już przystąpiłem do jego realizacji. Gdy Gregory zostawił mnie na chwilę samego w zakładzie, natychmiast pobiegłem na zaplecze. Schowek na rupiecie wydał mi się idealnym miejscem na kryjówkę. Leżała tam sterta koców, które mogły, odpowiednio ułożone, pełnić rolę prowizorycznego łóżka. W kącie pomieszczenia był działający zlew. Miotła podstawiona pod klamkę doskonale blokowała drzwi. Miałem swoją skrytkę.
*
Pewnego dnia ukradłem z zakładu złoty zegarek, ten sam, który przykuł moją uwagę, gdy pierwszy raz wszedłem do zegarmistrza. Siedziałem na kocach i patrzyłem na poruszającą się małą wskazówkę. Patrzyłem, jak mijają minuty, godziny, dni. Patrzyłem, jak mija czas wojny. Zamknięty w schowku, w ciszy i samotności spędzałem kolejne miesiące.
*
Udało mi się podsłuchać rozmowę klientów zegarmistrza. Opowiadali Gregoremu o nowym rozporządzeniu władz niemieckich. Od 15 października karą śmierci karano zarówno Żydów, którzy opuścili getto, jak i osoby, które udzielały Żydom schronienia poza jego granicami. Gdy to usłyszałem, przeszedł mnie dreszcz. Najbardziej bałem się tego, że Gregory może pewnego dnia potrzebować czegoś ze swojego schowka i wtedy wszystko się wyda.
Z czasem zacząłem odnosić wrażenie, że właściciel zakładu wie o tym, że chowam się na zapleczu. Nigdy nie zajrzał do schowka, do kubełka na odpadki wrzucał czasem zupełnie nietknięte bułki. Pewnego dnia przy kubełku znalazłem nawet ciepłą herbatę w kubku.
W czasie dni spędzanych w malutkim pomieszczeniu z jednym tylko okienkiem oprócz odliczania czasu przy pomocy zegarka, rozmawiałem także z Bogiem. Godzinami zastanawiałem się nad tym, co się dzieje z moją rodziną. Leżałem na kocach, patrzyłem w sufit i marzyłem o tym, że wojna się kończy, że wszyscy Żydzi zostają wypuszczeni z getta. Wtedy moi rodzice mogliby mnie odnaleźć i znów wszyscy bylibyśmy razem. Mieszkalibyśmy w naszym starym domu, niedaleko rynku. Tak bardzo chciałem znów pomagać tacie w sklepie! W handlu byłem naprawdę dobry. Szczególnie lubiłem pomagać tacie przy pierwszym kliencie. Bardzo ważne było, żeby pierwszy klient, który wejdzie rano do sklepu, kupił cokolwiek. Wtedy przez cały dzień handel szedł wyśmienicie. Tata uczył mnie wielu rzeczy. Mówił, że skoro jestem najstarszy, przejmę kiedyś jego interes i sklep z futrami będzie moją własnością. Leżąc na kocach, na zapleczu zakładu zegarmistrzowskiego, wyobrażałem sobie, jak otwieram sklep rankami, jak obsługuję klientów, jak mój syn pomaga mi przy pracach…
Nie wiedziałem wtedy, że moje marzenia nie mają szans się ziścić. W maju zaczęto wywozić Żydów z getta do obozów zagłady.
Honorata zamknęła zeszyt. Skrawkiem rękawa wytarła łzę spływającą jej po policzku.
- Więc to jest ten zegarek, przy pomocy którego mały Natan odliczał czas wojny? – spytała, patrząc gdzieś daleko przed siebie.
- Tak. To właśnie ten zegarek – odpowiedział Gregory.
Przez chwilę milczeli.
- Natan miesiącami siedział w schowku na zapleczu. Pewnego dnia po prostu zniknął. Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje, nie dał żadnego znaku życia. Teraz wiem, że przeżył wojnę. Założył rodzinę, może nawet był kupcem, jak jego ojciec.
- Piękna historia – szepnęła staruszka. Gregory uśmiechnął się do niej czule.
- To damski zegarek. Zastanawiam się, czy nie zechciałaby go pani przyjąć – powiedział po chwili.
Honorata spojrzała za okno. Burza już minęła, zza bloków wyglądało słońce.
- Nie powinnam... – zaczęła.
- Uważam, że teraz, gdy zna pani jego historię, będzie pani potrafiła docenić także jego wartość – Gregory zapiął jej zegarek na nadgarstku.
Honorata patrzyła chwilę na wskazówkę, która od lat przemierzała tarczę, jednym dając nadzieję, innym zabierając cenne minuty.
- Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do Gregorego. Wyciągnęła przed siebie dłoń, a zegarek błysnął w świetle słońca.
2010/05/24
2010/05/23
18.17

Poeta robi z siebie jasnowidza przez długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów. Wszystkie postacie miłości, cierpienia, szaleństwa; sam znajduje i wyczerpuje wszelkie trucizny, aby zachować z nich kwintesencję. Niewysłowiona tortura, do której potrzeba mu całej wiary, całej nadludzkiej siły i od której staje się wielkim chorym, wielkim przestępcą, wielkim potępionym − i najwyższym Mędrcem! − Bo dochodzi do nieznanego! Kultywował przecież swoją duszę bardziej niż ktokolwiek inny! Dochodzi do nieznanego i kiedy, oszalały, traci na koniec rozeznanie swoich wizji, wtedy je zobaczył! Niech się na śmierć zamęczy skacząc przez rzeczy niesłychane i nienazwane; przyjdą inni straszliwi pracownicy; zaczną od horyzontów, gdzie tamten stracił siły.
1871 Rimbaud














































