2010/08/31


"Grown-ups love figures. When you tell them that you have made a new friend, they never ask you any questions about essentail matters. They never say to you, “What does his voice sound like? What games does he love best? Does he collect butterflies?” Instead, they demand: “How old is he? How many brothers has he? How much does he weigh? How much money does his father make?” Only from these figures do they think they have learned anything about him"

.

Poza statkiem Aradiego (opowiadanie)

Ktoś kiedyś powiedział, że są takie myśli, które wracają do człowieka nawet, jeśli przez lata stara się on przegonić je z głowy, sprawić, by poleciały z wiatrem jak papierowy samolot puszczony z balkonu. Ja wiem, że oprócz takich myśli są również marzenia, sny, słowa i historie, które przytrafiają się każdemu z nas, o których nie da się po prostu zapomnieć.
- Od jak dawna jest pan handlarzem opowieści?
 Nadworny obraca się w fotelu, patrzy gdzieś w dal.
- Od kiedy straciłem moje pierwsze marzenie. Mogę opowiedzieć ci za darmo historię. Jest to za razem pierwsza historia, którą sprzedałem.
- O czym opowiada?
- Jak każda inna, o miłości.




 Niejedna kobieta obejmowała dłońmi głowę swojego dziecka, tuliła je do piersi, po czym ukrywała w najciemniejszym zakątku domu, gdy w mieście pojawiały się plotki o rychłym przyjeździe Gramp Aradiego i jego dziecięcej załogi. Samo wspomnienie o piracie siało postrach w najmężniejszych nawet sercach. Mówiło się, że przeklęty władca mórz ma trzysta lat, że posiada niezwykłe zdolności magiczne i zaczarował swój statek w taki ponoć sposób, że dla człowieka, który wejdzie na jego pokład nie istnieje pojęcie czasu. Nieśmiertelna załoga okrętu składała się z dwudziestu silnych i rosłych marynarzy, a także z dzieci, których liczby nigdy nikomu nie udało się określić. Statek nazywany Placem Zabaw błąkał się od portu do portu w poszukiwaniu nowych członków załogi, złota i przeznaczenia. Jego rozmiary pięciokrotnie przewyższały rozmiarami normalne okręty, a lśniące armaty potrafiły zamieniać największe nawet miasta w stertę gruzu, skazując jednocześnie mieszkańców owych przeklętych miast na wieczną tułaczkę w poszukiwaniu dusz tych, którzy zginęli. 
 Jestem jednym z dziesięciu synów Gramp Aradiego i jestem z tego dumny. Nie mam pojęcia, ile rzeczywiście lat ma mój ojciec, nie wiem także, jak liczna jest załoga okrętu, na którym pływałem. Wiem jednak, że najstraszniejszy pirat ma największe serce świata i wierzy, podobnie jak ja w szczęście, prawdę i miłość. 
 Gramp Aradi każdego niemal wieczora zwoływał wszystkie dzieci, które bawiły na jego okręcie, siadał w świetle księżyca, na wielkiej skrzyni wypełnionej złotem, by godzinami snuć opowieści o niebywałych przygodach, które go spotkały, o potworach, które pokonał, o syrenach, które rozkochał w sobie i o życiu, którego nikt nigdy tak naprawdę nie rozumiał. Mówił nam o tym, jak należy szukać szczęścia, gdzie spełniać marzenia. Powiedział, że każde dziecko może opuścić pokład, gdy po latach naiwnej i błogiej zabawy, którą dostało w prezencie, odczuje potrzebę doświadczenia dorosłego życia, jednak nie spieszyło się nam do odpowiedzialności i trosk.
 Uwielbiałem te wieczory, czas spędzany z dziećmi, morze i mojego ojca. Przede wszystkim jednak kochałem jego opowieści. Pewnego dnia postanowiłem, że jeśli nie zostanę rysownikiem, że będę opowiadał, podobnie jak Gramp Aradi. Jak najwięcej, jak najpiękniej i jak najbardziej z serca. Marzyłem, by ludzie słuchali mnie tak, jak ja niegdyś słuchałem tysiąca opowieści pirata wszechczasów i by żyli moimi opowieściami. Jednak najważniejszym moim marzeniem było wyśmienicie rysować.

 Od zawsze kochałem ołówek i kartki. Czwórka moich braci ochrzciła mnie pewnego dnia mianem Nadwornego Rysownika, co bardzo spodobało się reszcie załogi. Od tamtej chwili straciłem swoje prawdziwe imię na rzecz tego pseudonimu, który teraz, skrócony już, króluje w dokumentach jako moje nazwisko. Ale wracając do opowieści…
 Jako Nadworny rysownik spędzałem całe dnie szkicując fale, towarzyszy podróży, nawet samego Gramp Aradiego. Narysowałem każdy wschód słońca, który pamiętam. Cała moja kajuta obklejona była pracami, które, naklejane jedne na drugie tworzyły warstwę grubości porządnej powieści. Gdy Plac Zabaw przybijał do jakiegoś portu, część załogi ruszała na miasto, by grabić, co się dało i porywać dzieci, ja natomiast krążyłem między uliczkami i rysowałem jak najwięcej, by na pliku kartek jak najlepiej oddać klimat danego miejsca, tchnąć życie w papier przy pomocy ołówka i lewej ręki. 
 Właśnie w czasie jednej z takich wędrówek, gdy tuż po przybiciu do brzegu szukałem obiekt do narysowania w mieście, którego nazwy teraz nie mogę sobie przypomnieć, zobaczyłem siedzącą w oknie dziewczynę. Miała czerwone włosy migające jak ogień w promieniach południowego słońca, dłońmi podpierała policzki obsypane milionem piegów (wtedy skojarzyły mi się z milionem gwiazd, które wielokrotnie podziwiałem w czasie opowieści ojca i parę razy nieudolnie próbowałem uchwycić na papierze). Nad zamkniętymi oczami górowało delikatne czoło. Zachciałem dotknąć go palcem odgarnąć z niego czerwonego loka.
 Bez chwili namysłu pobiegłem odnaleźć Gram Aradiego. Spytałem go, jak długo zostaniemy w mieście, dodałem, że mam bardzo ważną sprawę do załatwienia, że jest to sprawa życia i śmierci. Stary pirat pogładził się po brodzie i uśmiechnął, ukazując szereg złotych zębów. Potem powiedział, że mieliśmy już wyruszać, ale ze względu na moją prośbę Plac Zabaw poczeka w porcie do wieczora. Skinąłem głową i w chwilę później biegłem już uliczkami miasta, by odnaleźć dom mojej dziewczyny i nie tracić ani chwili. Gdy wróciłem, ku mojej radości, nadal siedziała w oknie. Przykucnąłem za drzewem po przeciwległej stronie ulicy tak, by ona nie mogła mnie zobaczyć i wyjąłem zeszyt. Odnalazłem w nim pustą kartkę i wytknąwszy język począłem tworzyć najpiękniejszy rysunek świata – tak właśnie nazywałem go po cichu. Wytężałem wszystkie swoje dziecięce siły, wpatrywałem się w modelkę i modliłem, by siedziała tak jeszcze dłużej i dłużej. Bóg wysłuchiwał moich próśb.
 Ludzie mają różne zdolności i różnych zdolności im brakuje. Ja nie posiadałem ani daru owijania sobie kobiet wokół palca za pomocą słowa, ani wyglądu, który rekompensowałby brak talentu mówcy. Potrafiłem jednak rysować i tę właśnie zdolność zamierzałem wykorzystać, zdobywając sobie serce dziewczyny o czerwonych włosach. Szkicując układałem w głowie plan – zamierzałem ukończyć pracę tak, by tego nie zauważyła i kiedy już będę zadowolony, pójść do jej domu i zastukać do drzwi. Wyobrażałem sobie, jak ucieszy się zobaczywszy moje dzieło, być może nawet przytuli mnie w podzięce za godziny trudu. Byłem pewien, że gdy zaproponuję jej, by poszła za mną, zgodzi się – miałem zamiar zabrać ją na pokład Placu Zabaw i przekonać, by została na nim u mojego boku. Żylibyśmy tam w wiecznej młodości, bawiąc się wśród uśmiechów, gwiazd, fal i opowieści.
 W każdą z pozostawianych na papierze kresek wkładałem cały swój talent, cały umysł i wszystkie dobre chęci. Ręka bolała mnie, ołówek wyślizgiwał się z palców a moja kartka odbijała kolejne fragmenty twarzy dziewczyny z okna. Moja praca z minuty na minutę zbliżała się ku końcowi. Wreszcie, wyczerpany i pełen nadziei schowałem ołówek do kieszeni. Ostatni raz spojrzałem na swoje dzieło i w duchu powtórzyłem przynajmniej ze sto razy, że jest to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką stworzyłem w życiu. Potem wziąłem tak głęboki oddech, że aż zachłysnąłem się powietrzem i zacząłem kaszleć. Gdy już się uspokoiłem, poprawiłem włosy, patrząc na swoje oblicze w szybie sklepu z zabawkami. Zdjąłem z oka przepaskę, którą nosiłem, by wyglądać groźniej – przepaskę tę podarował mi tata w dniu, kiedy odnalazł mnie w jednym z miast i zabrał mamie (było to bardzo dawno temu, w czasach, gdy pływał od portu do portu w poszukiwaniu swoich dzieci, którym chciał opowiadać historie). Napiąłem mięśnie i wspiąłem się na palce, by wyglądać jak prawdziwy mężczyzna. Ściskając w ręku rysunek i trzęsąc się jak zmokły pies ruszyłem naprzeciw swojej pierwszej miłości. 
 Gdy zadzwoniłem do drzwi, otworzyła mi starsza kobieta z bardzo surowym wyrazem twarzy i spojrzeniem przypominającym spojrzenie manekina stojącego na wystawie jednego ze sklepów, które mijałem po drodze. 
- Dobry wieczór, chciałbym rozmawiać z… pani córką – szepnąłem przestraszony i zorientowałem się, że już nie stoję na palcach.
Kobieta nie odezwała się słowem, uniosła tylko brwi w górę, po czym obróciła się i znikła w głębi mieszkania. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie uciec, nie stchórzyć tak, jak to czynili zwykle kapitanowie okrętów, które napotykały statek Gramp Aradiego. Miałem ochotę wytrzeć o bluzkę spocone dłonie, założyć na oko przepaskę i wrócić na pokład, jednak coś sprawiło, że nie mogłem się ruszyć. Przestałem nawet oddychać na moment z wrażenia, gdy na końcu korytarza pojawiła się sylwetka mojej dziewczyny. Kiedy w końcu podeszła do mnie, oparła się o futrynę drzwi. Wtedy zza jej ramienia wyłoniła się kobieta ze spojrzeniem manekina.
- Ten chłopiec chce z tobą rozmawiać, Marcelino. Zaraz po ciebie wrócę – powiedziała, po czym zostawiła nas samych.
Z bliska dziewczyna wydawała się jeszcze piękniejsza, niż gdy obserwowałem ją siedząc za drzewem. Jej włosy były jeszcze bardziej ogniste. Milczałem oczarowany i zawstydzony. Marcelina patrzyła na swoje stopy i miała zarumienione policzki, pomyślałem, że też się wstydzi i to dodało mi odwagi.
- Mam dla ciebie rysunek, zobacz – wyciągnąłem ku niej rękę z kartką papieru.
Nawet nie spojrzała na rysunek, milczała, wydawało mi się, że drga jej podbródek, jakby miała się rozpłakać.
- Żartujesz? – wykrztusiła wysokim głosikiem.
- Skąd – uśmiechnąłem się przyjaźnie i zamachałem pracą – jest dla ciebie. Cały dzień pracowałem, żebyś mogła to zobaczyć, pomyślałem, że ci to dam i będziesz chciała pójść ze mną.
- Zobaczyć? – pisnęła moja dziewczyna i po jej policzkach spłynęły łzy – ja nie mogę nic zobaczyć – uniosła w górę swoje szkliste oczy, po czym schowała się w cieniu mieszkania i trzasnęła drzwiami.

Kiedy wróciłem na statek napotkałem na swojej drodze zdziwione spojrzenie Gramp Aradiego.
- Gdzie twoja miłość? – spytał mnie, przesypując zgrabione złoto z kieszeni starego płaszcza do skrzyni.
- Została na lądzie, podobnie jak moje prace. Już nigdy nie będę rysował.
- Nie będziesz rysował? – zdziwił się stary pirat - Co będziesz teraz robił?
- Pewnie opowiadał historie.




 Parę dni później pożegnałem się z Gramp Aradim, z przyjaciółmi i historiami ojca, opuściłem pokład Placu Zabaw, by przeżyć własne opowieści. Z czasem wydoroślałem i zmieniłem się najpierw w młodzieńca, potem w mężczyznę. Marceliny nigdy więcej nie zobaczyłem, opowiadam jednak historię mojej pierwszej miłości. Być może dotrze ona kiedyś do małego, portowego miasteczka, zapuka do drzwi tak, jak kiedyś ja to uczyniłem i narysuje w głowie dziewczyny z tysiącem piegów obraz chłopca, który zostawił pod jej oknem swoje serce i marzenia.




byS