2010/05/31
z filmu
2010/05/28
this is it
2010/05/27
2010/05/26
opowiadanie które nie wiem jakim cudem wygrało konkurs na historię o ukrywającym się Żydzie
Firanki w mieszkaniu były nieco pożółkłe, a podłoga w kuchni niemyta od dobrych paru miesięcy. Honorata usiadła na łóżku i ziewnęła, wyciągając w górę swoje długie i chude ręce, które z każdym rokiem wyglądały coraz mizerniej. Stojąc przed lustrem pomalowała usta na czerwono i upięła siwe włosy w kok na czubku głowy. Kiedy wybiła ósma, starsza pani chwyciła stojący na werandzie kosz i wyszła z domu, kierując się w stronę targu.
Na targowisku było dość pusto, pewnie z powodu siąpiącego deszczu. Honorata kupiła warzywa na zupę i chwilę rozmawiała z kobietą handlującą ziemniakami. Gdy deszcz stał się uciążliwy ruszyła w drogę do domu. Ulice Krakowa były niemal puste, tylko gdzieniegdzie pojedynczy przechodnie przemykali bokami ulic w poszukiwaniu odpowiedniej kryjówki przed nadchodzącą burzą.
Honorata szła tak szybko, jak tylko była w stanie, jednak od domu dzielił ją jeszcze długi kawał drogi. Gdy już zaczęła tracić nadzieję, że znajdzie sobie schronienie, rzucił się jej w oczy niewielki, czarny napis „Zegarmistrz.
W środku panował półmrok, było dość duszno i pachniało kurzem.
- Dzień dobry – szepnęła starsza pani i poczęła rozglądać się po zakładzie, przemierzając wzrokiem dziesiątki zegarów zdobiących ściany, i poukładanych za szybą lady.
- Witam panią – usłyszała męski głos. Z zaplecza wyszedł staruszek w okularach, które przysłaniały mu niemal całą twarz. Był zupełnie łysy i miał porażająco dobrotliwy wyraz twarzy. Honorata na jego widok spłonęła rumieńcem i uśmiechnęła się uroczo.
- Jaki piękny zegarek – powiedziała, by przerwać ciszę, pochylając się nad ladą.
- Rzeczywiście, ten zegarek jest wyjątkowy – rzekł staruszek, wyjmując zza szybki mały, złoty zegarek – ma także wyjątkową historię. Otóż tydzień temu odzyskałem go po trzydziestu paru latach.
- Doprawdy?
- Jeśli ma pani ochotę, pokażę pani coś wyjątkowego, niech pani usiądzie.
Honorata, nie posiadając się ze szczęścia zajęła miejsce obok zegarmistrza, nie spuszczając wzroku z jego uśmiechu, z jego krzaczastych brwi i czarujących, siwych wąsików.
- Jak już mówiłem, jakiś tydzień temu odzyskałem ten zegarek. Przyniosła mi go wraz z zeszytem wdowa po pewnym Żydzie, który zmarł w zeszłym miesiącu. Kobieta ta powiedziała, że ten właśnie zegarek i zeszyt jej mąż zapisał mi w testamencie.
- Ale dlaczego? Znał pan tę kobietę i jej męża?
- Kobietę widziałem pierwszy raz w życiu, a jej męża… zresztą pokażę pani zeszyt, wtedy wszystko pani zrozumie – to mówiąc schylił się i wyciągnął z pod lady oprawiony w szary papier notatnik. Otworzył go na pierwszej stronie i podał Honoracie. W milczeniu zaczęła czytać:
Pamiętnik Natana
Dziś, po dziesięciu latach od zakończenia wojny sięgam do kufra, do którego wrzuciłem kiedyś pamiątki z dawnych lat. Wyjmuję z niego spodnie z dziurami na kolanach i co wypada z kieszeni? Damski, złoty zegarek. Trzymam go w rękach jakiś czas i wracają wspomnienia, całe masy wspomnień. Postanawiam spisać wszystko, na pamiątkę.
*
Dobrze pamiętam dzień trzydziestego marca 1941 roku, były to dziesiąte urodziny mojej siostry, Heny. Od rana bawiliśmy się w chowanego, naszą ulubioną grę. Icek i ja chowaliśmy się, a Hena szukała, wcześniej licząc do dwudziestu. Tamtego dnia postanowiłem ukryć się w nowym miejscu. Zakradłem się po schodach na strych, uważając, by drewniane deski przypadkiem nie skrzypiały. Na strychu było dość ciemno, jedyne światło wpadało przez rząd małych, zakurzonych okienek. Słyszałem, jak Hena kończy liczyć i zaczyna biegać po domu, sprawdzając po kolei wszystkie potencjalne skrytki. Wtedy nagle moje spojrzenie zatrzymało się na stojącej w kącie, za szafą, starej kanapie. Wydawała się być doskonałym miejscem na kryjówkę. Podszedłem do niej szybko i otworzyłem ją, by zajrzeć do schowka na pościel. Był pusty, więc czym prędzej wszedłem tam. Dość mały jak na jedenastolatka nie miałem większych problemów z zamknięciem się w kanapie. Nie pamiętam, ile czasu spędziłem leżąc bez ruchu i nasłuchując. Delektowałem się świadomością wygranej w grze – nikomu nawet nie przeszło przez myśl szukać mnie w takim miejscu. Wtedy nagle usłyszałem na dole dzwonienie do drzwi. Pomyślałem, że to pewnie domokrążca. Postanowiłem wyjść z kryjówki i zobaczyć, co ma do zaoferowania, jednak, gdy otworzyłem kanapę zaniepokoiło mnie zamieszanie, które usłyszałem na dole.
- Schneller, schneller! – krzyczano głośno. Tata rozmawiał z kimś uniesionym głosem, mama szlochała. Zastanawiałem się, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy to tylko zły sen. Rodzice już wcześniej mówili mi, że pewnego dnia Niemcy przyjdą także i po nas, że zabierają po kolei wszystkich Żydów i zamykają ich w getcie. Wiedziałem to, ale w głębi duszy nie wierzyłem, że i nas spotka kiedyś taki los. Byłem pewien, że ukrywamy się wystarczająco dobrze, w opuszczonym domu na obrzeżach miasta.
Pamiętam, że kiedy usłyszałem kroki na schodach prowadzących na strych, znów zamknąłem się w kanapie. Cały drżałem ze strachu, kiedy pchnięto drzwi i paru ludzi weszło do pomieszczenia. Rozmawiali po niemiecku, nie wiedziałem więc, o czym mówią. Serce łomotało mi głośno, miałem ochotę krzyczeć ze strachu. Aby się powstrzymać, wetknąłem sobie pięść do ust, zamarłem.
- Ile macie dzieci? – spytał jeden z Niemców.
- Dwoje – powiedziała przez łzy moja matka.
- Na zdjęciu jest trójka! – krzyknął Niemiec – Gdzie jest trzecie dziecko?!
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Ktoś otworzył szafę stojącą nieopodal łóżka, gdzieś skrzypnęło wieko skrzyni. Szukali mnie.
- Mam dwoje dzieci – powiedział tata – Natan zmarł na gruźlicę tydzień przed Tisza beaw.
- Schade – powiedział jeden z Niemców i roześmiał się. Ciarki przeszły mi po plecach.
Wtedy wyszli. Słyszałem, jak schodzą na dół, jak rozmawiają jeszcze o czymś. Łzy spływały mi po policzkach, serce nie mogło uspokoić się nawet jak na moment. Przerażony przyłożyłem czoło do zimnej deski, na której leżałem i zasnąłem.
Honorata uniosła głowę i spojrzała na zegarmistrza. Cały czas, gdy czytała, obracał w palcach zegarek, uśmiechając się przy tym do siebie.
- I co się stało dalej z tym chłopcem? – spytała.
- Niech pani czyta.
Przewróciła kilka kartek.
*
Biegłem ulicami tak szybko, jak tylko mogłem, byle tylko nie wpaść w ręce Niemców. Na moje nieszczęście właśnie wtedy natknąłem się na kilku żołnierzy, idących w moim kierunku z naprzeciwka. Przerażony przystanąłem i zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś wnęki, miejsca, w którym mógłbym się schować. Tuż obok zobaczyłem wtedy wejście do zegarmistrza. Niewiele myśląc wskoczyłem przez uchylone drzwi do środka, minąłem kilka półek i za ladą skręciłem na zaplecze. Tam właśnie zderzyłem się z właścicielem zakładu. Patrzyłem na niego z otwartymi ustami, dygocząc ze strachu i oddychając szybko po biegu.
- Przyszedłeś pooglądać zegarki? – spytał mężczyzna.
- Tak, proszę pana – skinąłem głową.
- Mów mi Gregory – powiedział i uśmiechnął się – Jak się nazywasz?
- Natan – odrzekłem i chwilę później tego pożałowałem. Mężczyzna uniósł w górę bardzo krzaczaste brwi, a ja przypomniałem sobie, że noszę żydowskie imię. „Wyda mnie tym Niemcom, to już koniec” – pomyślałem i zacisnąłem powieki.
- Możesz sobie tu posiedzieć i pooglądać zegarki, jeśli ci się nudzi – rzekł Gregory – ja muszę skoczyć do sklepu naprzeciwko. Popilnujesz zakładu, dobrze?
Zmieszany przytaknąłem i usiadłem na krześle przy ladzie. Gregory wyszedł.
Nie wiedziałem, czy mam siedzieć i czekać na niego, czy też uciekać. Ukryłem twarz w dłoniach i zapłakałem gorzko, myśląc o rodzicach, Henie i Icku.
Zegarmistrz mnie nie wydał. Wrócił ze sklepu z bochenkiem chleba w dłoni i usiadł na krześle, obok mnie. Poczęstował mnie ciepłym, pysznym pieczywem i pokazywał zegarki, które musi naprawiać. Szczególnie spodobał mi się taki mały, złoty.
*
Nie pamiętam, kiedy dokładnie przyszło mi to do głowy, że ukrywanie na zapleczu za zakładem zegarmistrza jest świetnym rozwiązaniem. Dokładnie obmyśliłem sobie plan, według którego będę postępował – miałem zamiar upatrzyć sobie idealną skrytkę i tam też zaszyć się potajemnie. Wiedziałem, że zakład ma tylne wyjście, które wychodzi na podwórko ze śmietnikami. Stał tam także kubełek na odpadki, do którego Gregory wyrzucał codziennie resztki chleba i ziemniaków z obiadu. Właśnie tym zamierzałem się żywić.
Nie minął nawet tydzień, od kiedy obmyśliłem mój plan, a już przystąpiłem do jego realizacji. Gdy Gregory zostawił mnie na chwilę samego w zakładzie, natychmiast pobiegłem na zaplecze. Schowek na rupiecie wydał mi się idealnym miejscem na kryjówkę. Leżała tam sterta koców, które mogły, odpowiednio ułożone, pełnić rolę prowizorycznego łóżka. W kącie pomieszczenia był działający zlew. Miotła podstawiona pod klamkę doskonale blokowała drzwi. Miałem swoją skrytkę.
*
Pewnego dnia ukradłem z zakładu złoty zegarek, ten sam, który przykuł moją uwagę, gdy pierwszy raz wszedłem do zegarmistrza. Siedziałem na kocach i patrzyłem na poruszającą się małą wskazówkę. Patrzyłem, jak mijają minuty, godziny, dni. Patrzyłem, jak mija czas wojny. Zamknięty w schowku, w ciszy i samotności spędzałem kolejne miesiące.
*
Udało mi się podsłuchać rozmowę klientów zegarmistrza. Opowiadali Gregoremu o nowym rozporządzeniu władz niemieckich. Od 15 października karą śmierci karano zarówno Żydów, którzy opuścili getto, jak i osoby, które udzielały Żydom schronienia poza jego granicami. Gdy to usłyszałem, przeszedł mnie dreszcz. Najbardziej bałem się tego, że Gregory może pewnego dnia potrzebować czegoś ze swojego schowka i wtedy wszystko się wyda.
Z czasem zacząłem odnosić wrażenie, że właściciel zakładu wie o tym, że chowam się na zapleczu. Nigdy nie zajrzał do schowka, do kubełka na odpadki wrzucał czasem zupełnie nietknięte bułki. Pewnego dnia przy kubełku znalazłem nawet ciepłą herbatę w kubku.
W czasie dni spędzanych w malutkim pomieszczeniu z jednym tylko okienkiem oprócz odliczania czasu przy pomocy zegarka, rozmawiałem także z Bogiem. Godzinami zastanawiałem się nad tym, co się dzieje z moją rodziną. Leżałem na kocach, patrzyłem w sufit i marzyłem o tym, że wojna się kończy, że wszyscy Żydzi zostają wypuszczeni z getta. Wtedy moi rodzice mogliby mnie odnaleźć i znów wszyscy bylibyśmy razem. Mieszkalibyśmy w naszym starym domu, niedaleko rynku. Tak bardzo chciałem znów pomagać tacie w sklepie! W handlu byłem naprawdę dobry. Szczególnie lubiłem pomagać tacie przy pierwszym kliencie. Bardzo ważne było, żeby pierwszy klient, który wejdzie rano do sklepu, kupił cokolwiek. Wtedy przez cały dzień handel szedł wyśmienicie. Tata uczył mnie wielu rzeczy. Mówił, że skoro jestem najstarszy, przejmę kiedyś jego interes i sklep z futrami będzie moją własnością. Leżąc na kocach, na zapleczu zakładu zegarmistrzowskiego, wyobrażałem sobie, jak otwieram sklep rankami, jak obsługuję klientów, jak mój syn pomaga mi przy pracach…
Nie wiedziałem wtedy, że moje marzenia nie mają szans się ziścić. W maju zaczęto wywozić Żydów z getta do obozów zagłady.
Honorata zamknęła zeszyt. Skrawkiem rękawa wytarła łzę spływającą jej po policzku.
- Więc to jest ten zegarek, przy pomocy którego mały Natan odliczał czas wojny? – spytała, patrząc gdzieś daleko przed siebie.
- Tak. To właśnie ten zegarek – odpowiedział Gregory.
Przez chwilę milczeli.
- Natan miesiącami siedział w schowku na zapleczu. Pewnego dnia po prostu zniknął. Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje, nie dał żadnego znaku życia. Teraz wiem, że przeżył wojnę. Założył rodzinę, może nawet był kupcem, jak jego ojciec.
- Piękna historia – szepnęła staruszka. Gregory uśmiechnął się do niej czule.
- To damski zegarek. Zastanawiam się, czy nie zechciałaby go pani przyjąć – powiedział po chwili.
Honorata spojrzała za okno. Burza już minęła, zza bloków wyglądało słońce.
- Nie powinnam... – zaczęła.
- Uważam, że teraz, gdy zna pani jego historię, będzie pani potrafiła docenić także jego wartość – Gregory zapiął jej zegarek na nadgarstku.
Honorata patrzyła chwilę na wskazówkę, która od lat przemierzała tarczę, jednym dając nadzieję, innym zabierając cenne minuty.
- Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do Gregorego. Wyciągnęła przed siebie dłoń, a zegarek błysnął w świetle słońca.
2010/05/24
2010/05/23
18.17

Poeta robi z siebie jasnowidza przez długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów. Wszystkie postacie miłości, cierpienia, szaleństwa; sam znajduje i wyczerpuje wszelkie trucizny, aby zachować z nich kwintesencję. Niewysłowiona tortura, do której potrzeba mu całej wiary, całej nadludzkiej siły i od której staje się wielkim chorym, wielkim przestępcą, wielkim potępionym − i najwyższym Mędrcem! − Bo dochodzi do nieznanego! Kultywował przecież swoją duszę bardziej niż ktokolwiek inny! Dochodzi do nieznanego i kiedy, oszalały, traci na koniec rozeznanie swoich wizji, wtedy je zobaczył! Niech się na śmierć zamęczy skacząc przez rzeczy niesłychane i nienazwane; przyjdą inni straszliwi pracownicy; zaczną od horyzontów, gdzie tamten stracił siły.
1871 Rimbaud
2010/05/22
2009
Jutro niepewne...Tylko dziś jest Twoje.”
Jan Paweł II
Czy zdajesz sobie sprawę z wszechobecnej ulotności?
Ludzie są różni. Znam takich, dla których idealnym sposobem na zapomnienie o codzienności jest wyjście do kina, spędzenie dwóch godzin w dość przestrzennej, wypełnionej ludźmi bądź kurzem sali i zajadanie się przy tym garściami niezdrowych dla zębów małych czekoladek. Inni oddają się czytaniu gazet zauroczeni artykułami o tematyce politycznej, lub tymi, w których dociekliwi dziennikarze umieszczają dane statystyczne dotyczące ilości nastolatek chorych na anoreksję. Są również tacy, dla których sposobem na odpoczynek jest zabawa z włochatym pudlem w ogrodzie pełnym kwiatów kwitnących wiosną. Nie zawsze jednak znajdujemy czas na przyjemności. Nawet, jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, każdego dnia stajemy się od nowa drobinami w tłumie ludzi pędzących przed siebie, by sprostać wymaganiom stawianym nam przez innych, bądź zadaniom, które sami sobie wyznaczamy.
Czy jednak w śród natłoku obowiązków, grafików, zakazów i nakazów znajdujemy czasem moment by przystanąć i zastanowić się przez krótką chwilę nad tam, co tak naprawdę nas otacza?
Wyobraź sobie czas. Jest dookoła, nie ma bliżej określonej formy, nie uchwycisz go ręką, nie dotkniesz nawet palcem. Masz jednak świadomość, że wszędzie wokół ciebie coś istnieje, coś się porusza.
To, co już było.
Czy zdarzyło ci się kiedyś, stąpając w deszczu ulicą pomyśleć o tym, kto przeszedł tę samą drogę, którą ty właśnie idziesz, godzinę temu, trzy lata wcześniej, a nawet sto lat przed twoim urodzeniem? Przed tobą miliony ludzi wędrowały tym samym szlakiem, który ty pokonujesz w drodze do domu, kościoła, pracy czy szkoły. Miliony ludzi podziwiało kamienicę z pięknym portalem stojącą od wieków naprzeciwko kościoła. Wielu z tych ludzi wciąż jeszcze możesz minąć na ulicy, część z nich żyje już jedynie w pamięci bliskich, a o części nie pamięta nikt. Za jakiś czas ty także będziesz jedną z osób, które przeminęły. Bo przemija wszystko, niezależnie od tego, jak bardzo pragnie się zatrzymać czas.
Analizowanie wydarzeń z przeszłości nieraz pomaga w rozwiązywaniu teraźniejszych problemów, jednak trzeba być ostrożnym, uważać, aby przypadkiem rozpamiętywanie i wspominanie tego, co już było nie stało się sposobem na życie.
„Wczoraj do Ciebie nie należy. Jutro niepewne... Tylko dziś jest Twoje”
Nie możemy manipulować czymś, co minęło, tak, jak nie jesteśmy wstanie uchwycić nawet myślą czegoś, co dopiero się wydarzy.
To, co dopiero będzie.
Ile czasu spędzamy na planowaniu przyszłości? Codziennie, choć często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, spędzamy godziny na rozmyślaniu o tym, co dopiero się wydarzy, i nie ma znaczenia, czy planujemy przyjęcie z okazji dziesięciolecia ślubu, czy też zamartwiamy się o to, jak będzie pogoda w przyszły weekend. Snujemy przypuszczenia, wyobrażamy sobie swoje życie za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat, kupujemy polisy na przyszłość i w całym tym zamieszaniu związanym z czymś, co dopiero będzie zapominamy o tym, co jest „teraz”.
Czym jest „teraz”?
Czy „teraz” jest ułamkiem sekundy, który przemija tak szybko, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy? Czy może „teraz” trwa parę minut, parę godzin, parę dni czy nawet lat? Czym jest dla ciebie twoje „teraz”? Teraźniejszość postrzegana jest na wiele różnych sposobów. Gdyby dziesięciu ludziom dano po kartce papieru i kazano na niej napisać to, co dzieje się „teraz”, otrzymanoby zapewne dziesięć różnych odpowiedzi. Nie można więc określić dosłownie, kiedy jest „teraz”. Nie można nawet stwierdzić, czy w ogóle tak zwane „teraz” istnieje, gdyż w momencie objęcia świadomością danej chwili odchodzi ona jednocześnie do przeszłości.
Jak więc mamy rozumieć słowa Jana Pawła II: „Wczoraj do Ciebie nie należy. Jutro niepewne... Tylko dziś jest Twoje”? Uważam, że chodzi tu o to, by potrafić dostrzegać piękno chwili, cieszyć się mijającym dniem, zwracać uwagę na kolor nieba i na zapach kwiatów. Sztuką jest potrafić wsłuchać się w śmiech dziecka i delektować się momentem, w którym stopa zostawia ślad w rozgrzanym asfalcie.
Nasze „teraz” składa się z szeregu chwil. Jeśli każdą z tych chwil przeżyjemy jak najlepiej i będziemy potrafili odnaleźć szczęście w otaczających nas rzeczach ulotnych, nasze „teraz”, czyli nasze „dziś” także będzie szczęśliwe. Nie jesteśmy w stanie zmieniać dnia wczorajszego, ani kontrolować tego, co wydarzy się dopiero jutro. Można jednak zadbać o to, aby być w pełni zadowolonym ze swojego „dziś”.
Dobrze przeżyte „dziś” niebawem zmieni się w dobrze przeżyte „wczoraj”. Wiedząc, jak dobrze przeżyć „dziś” jesteśmy w stanie spróbować dobrze przeżyć także „jutro”. Siedem dni, tworzy tydzień. Cztery tygodnie składają się na miesiąc, a z kolei dwanaście miesięcy daje nam rok. Jeśli więc każdy poszczególny dzień postaramy się przeżyć tak, aby być z niego w pełni zadowolonym, za jakiś czas byś może zdamy sobie sprawę z tego, że dobrze przeżyliśmy całe życie.
Potęga dobrego słowa.
Ludzie są różni. Znam takich ludzi, dla których najważniejszą wartość mają słowa. Nie ważne, czy napisane, czy wypowiedziane, jeśli tylko są mądre i wiele znaczą, potrafią zaszyć się gdzieś głęboko w duszy człowieka i tam kwitnąć, wydając plony w postaci dobrych uczynków i szczęścia. Ja także należę do ludzi, którzy cenią wartość dobrego słowa. Można je znaleźć wszędzie, wystarczy patrzeć i słuchać.
Nie będę pisać o tym, kim był Jan Paweł II, dlaczego był ważny i ile zrobił dla świata. Myślę, że każdy ma świadomość wielkości Papieża Polaka. Największym darem, który otrzymałam od Jana Pawła II jest dobre słowo. Jeśli wnikliwie zastanowimy się nad przekazem sentencji: „Wczoraj do Ciebie nie należy. Jutro niepewne... Tylko dziś jest Twoje”, zdamy sobie sprawę, że dzięki mądrości w niej zawartej jesteśmy w stanie przeżyć życie tak, by nie żałować ani chwili. Papież wypowiadając te mądre słowa skłania nas do refleksji nad miejscem człowieka w czasie, nad znaczeniem, jakie w życiu człowieka odgrywa każdy kolejny dzień. Decyzja, jak wykorzystamy dany nam czas należy tylko do nas.
2010/05/21
adapter
pantofle schowane w szafie
dziewczyna z pokoju obok
już tu nie mieszka
nikt nie kurzy ścian
dymem papierosów
nikt w ogóle nie kurzy ścian
nie spadają dźwięki
nie ma piosenek o przemijaniu
adapter wyłączony
bezpłytowy zupełnie
całkiem pusty
zostawiła pończochę na balkonie
test ciążowy na biurku
i termometr
szlafrok przewieszony przez klamkę
pantofle schowane w szafie
dziewczyna z pokoju obok
już odeszła
teraz gdzie indziej mieszka
obok kogoś innego
i żadne z nich nie płaci za czynsz
napisany 9.2008

2010/05/20
Złodzieje asfaltowych rozkoszy
Noe: Zabili mnie przed południem. Pojawiam się więc dopiero popołudniami, kiedy słońce błogo nie razi w oczy i nie mam szans odcisnąć stopy w roztopionym asfalcie.
Kiedy teraz chodzę ulicą, jedną z tych maleńkich uliczek, zwykle pustych, nie licząc gromadek dzieci, co jakiś czas biegnących tu za piłką, przyglądam się śladom, które zostawiałem, gdy jeszcze mogłem pozwolić sobie na tę przyjemność.
Trzeba otwarcie przyznać, że gospodarka żadnego kraju świata nie była przygotowana na najnowszy produkt Noego. Początkowo sprzedawano go w niewielkich ilościach, w sklepach niedorównujących rangą przepięknym butikom z markowymi ubraniami, otwieranym niedawno w dużych ilościach po obu stronach największej ulicy w mieście. Właściciele butików ze zdziwieniem patrzyli, jak kolejki, stojące zwykle przy kasach ich sklepów, przemieszczają się teraz ku małym, niszowym stoiskom pozbawionym gustu, a nawet przekraczającym wyraźnie granice dobrego smaku.
- Nie uważasz, że należy coś z tym zrobić? – spytała Aldona, zaciągając się waniliową cygaretką i jednocześnie strzepując dłonią o długich palcach piórko osadzone na czubku zamszowej szpilki, zdobiącej jej nogę i uwydatniającej idealny kształt łydki.
- Oczywiście, oczywiście – odpowiedział Vincent w zamyśleniu i, jak to miał w zwyczaju, przejechał dłonią po lśniącym blacie swojego biurka – Należy coś zrobić, tylko nikt z nas nie wie, co.
Tak właśnie rozmawiała pewnego pochmurnego ranka najbogatsza para w mieście, czekając na dietetyczną kawę, podawaną zwykle w zastawie ze szczerego złota. Aldona i Vincent byli właścicielami najpiękniejszego, najdroższego i najbardziej obleganego przez sławy butiku z torebkami i innymi gadżetami, dzięki którym można w dzisiejszych czasach zyskać nieśmiertelną sławę najlepiej ubranej gwiazdy. Butik ten znajdował się w samym centrum miasta – w najlepszym z możliwych do wynalezienia miejsc. Za szybami, w których lubiły odbijać swe promienie zarówno słońce, jak i księżyc można było oglądać stojące na marmurowych podestach, najdroższe gadżety świata, przez lata misternie projektowane w taki sposób, by zaspokoić najbardziej wyrafinowane potrzeby kupujących. Na brylantowej ladzie stała brylantowa kasa, a kasjerka paznokciami mieniącymi się jak brylanty wybijała wielocyfrowe liczby, jednocześnie obdarzając klientów subtelnymi uśmiechami. A klientem nie mógł być każdy. Jedynie nieliczni spośród oglądających arcydzieła stojące w witrynie sklepu, mieli odwagę przekroczyć próg tej świątyni ekstrawagancji, aby z bliska zachwycać się, a nawet dotknąć przedmiotów, które kosztowały więcej, niż wyżywienie wszystkich afrykańskich dzieci.
Aldona założyła nogę na nogę, popijając małymi łykami kawę tak, by przypadkiem nie zmyć z ust szminki w kolorze dojrzałych czereśni. Decyzja została podjęta przed chwilą. Vincent odłożył słuchawkę telefonu i uśmiechnął się, ukazując cztery srebrne i dwa złote zęby. Potem jeszcze raz pieszczotliwie przejechał dłonią po atłasowym morzu biurka.
Noe od dziecka lubił wymyślanie. Jego pasja twórcza przechodziła różne etapy, począwszy od wymyślania bajek na dobranoc dla swojego ulubionego misia bez oka, którego pieszczotliwie nazywał ‘Oczko’, poprzez tworzenie kapsuł czasowych, nowych instrumentów i sposobu na życie wieczne, a skończywszy wreszcie na maszynie do robienia szczęścia. Co dziwne, właśnie ten ostatni wynalazek sprawił, że młody jeszcze naukowiec zyskał ogromny poklask całej ludzkości świata, odebrał tysiące nagród i został znienawidzony przez właścicieli butików z markowymi ubraniami.
Powiem wam w tajemnicy, że maszyna do robienia szczęścia była tak naprawdę najzwyklejszym automatem. Jednym z tych, do których wrzuca się pieniądze, by po chwili dostać kauczukową kulkę, puszkę z zimnym napojem, czy maskotkę uszytą przez biedne chińskie dzieci w ogromnej fabryce. Z maszyny do robienia szczęścia zaprojektowanej przez Noego wylatywały Szczęśliwe Guziki. Na instrukcji obsługi pisało po prostu: Póki trzymasz w ręku guzik, uśmiech ci nie zajdzie z buzi. Noe jako pilny student psychologii wiedział, że jeśli człowiek wierzy w magiczną moc Szczęśliwego Guzika, to chociażby ten guzik nieświadomie zgubił, nie może być nieszczęśliwy. Wykorzystując tę wiedzę przyczynił się do spadku obrotów zarówno firm zajmujących się produkcją drogich gadżetów, jak i butików, w których te gadżety sprzedawano. Nienawiść Noego do wpływowych kobiet i mężczyzn, gustujących w futrach z norek, osiągnęła apogeum w dniu, w którym naukowiec oznajmił publicznie, iż zakazuje sprzedaży Szczęśliwych Guzików w drogich butikach, i zezwala na wystawianie maszyn do robienia szczęścia jedynie w najmniejszych i najbiedniejszych sklepach. Od tego dnia ilość ludzi odwiedzających butik Aldony i Vincenta zmniejszyła się niemal dwukrotnie.
W samochodzie śmierdziało potem i tanim tytoniem, który sprzedawczynie, w pofarbowanych na fioletowo włosach, sprzedają dzieciom do piętnastego roku życia w każdym kiosku na skrzyżowaniu. Podbite oko łypiące w sposób nieprzyjemny odbijało się w niewielkiej przestrzeni przekrzywionego w lewą stronę i brudnego lusterka we wnętrzu starego poloneza.
- Idzie – powiedział, głosem zachrypniętym w sposób charakterystyczny dla osób mających zbyt duży kontakt z alkoholem, jeden z mężczyzn siedzących z przodu. Nazywał się Gregory i zawód płatnego zabójcy wykonywał z upodobaniem od lat dwunastu.
- Noe, Noe, Noe. Jakież to smutne żegnać się ze światem... Już nigdy nie przeszkodzisz nikomu w interesach... – zamruczał pod nosem drugi mężczyzna, który imię Teofil odziedziczył po dziadku, i wyjmując z kieszeni najtańszy z dostępnym na czarnym rynku pistoletów oddał przez otworzone okno dwa strzały prosto w serce młodego naukowca.
Ani Aldona, posiadająca nieprzeciętną inteligencję, wprost proporcjonalną do ilości zarabianych dziennie pieniędzy, ani nawet sam Vincent, który był tak zdolny, iż sztukę lewitacji opanował, nim potrafił wymówić to słowo, nie mogli podejrzewać, że wśród tysięcy wynalazków Noego znajdowała się kryształowa kula, w której młodzieniec odczytywał przyszłość, by ze spokojem przeżywać każdy kolejny dzień, dokładnie wiedząc, jakie radości i jakie smutki on przyniesie. Dlatego też nie mogli wiedzieć, że wynalazca przygotował się na ewentualność przedwczesnej śmierci już wieki temu, wymyślając cudowną miksturę dającą nieśmiertelność każdemu, kto ją wypije. Nie mogli także wiedzieć, iż chłopak swoją śmierć wykorzysta w celach marketingowych, co ostatecznie popsuje im szyki.
Noe zbyt małą dawkę mikstury zażył przez przypadek. Później przez wiele kolejnych lat nie mógł sobie wybaczyć tego błędu, gdy z zazdrością obserwował z zaświatów, jak ludzie się budzą, wstają z łóżek, piją poranną kawę, jedzą śniadanie, by wyruszyć do pracy i w pośpiechu spóźniać się na autobusy z włosami umazanymi pastą do zębów. On żył jedyne po godzinie piętnastej. Wcześniej siedział w zaświatach i raczej nic nie robiąc czekał, kiedy znów będzie mógł wrócić na ziemię.
Gdy samochód odjechał z piskiem opon, pozostawiając siedzącego na chodniku Noego, ten wstał i niespiesznie poszedł do najbliższego fotografa, aby udokumentować swoje obrażenia. Następnie udał się tramwajem do szpitala, po drodze wzbudzając sensację wśród wymachujących siatkami z zakupami staruszek, gdzie lekarz oznajmił wszem i wobec, że ma do czynienia z cudem. Dzięki temu już tydzień później posiadacz kryształowej kuli został okrzyknięty nowym zbawicielem, który zmartwychwstał, by zesłać na świat pokój i szczęście w postaci Szczęśliwych Guzików.
Noe: Dziękuję wszystkim zebranym tutaj i widzom przed telewizorami za to, że zechcieliście wysłuchać tego, co mam dziś do powiedzenia. Otóż chciałbym was wszystkich zapewnić, iż życie wieczne otrzymacie jedynie wówczas, jeśli nie będziecie kupować żadnych produktów w najdroższych butikach. Chciałem także pozdrowić Aldonę i Vincenta, którzy zabrali mi możliwość zatapiania nóg w rozgrzanym o godzinie dwunastej asfalcie.
Aldona(machając nogami o cudownych łydkach na więziennej pryczy): Można było zabić go lepiej. Trochę bardziej po cichu. Trochę bardziej bez sensu.
















































